Shara i Togs. Tylko dwie suczki konie Przewalskiego, ale spoczywała na nich ogromna odpowiedzialność. Rezultatem było 3000 mil, czyli dosłownie tysiące mil podróży. Przylecieli z Wielkiej Brytanii do Kazachstanu. Zwierzęta te urodziły się i wychowały w ośrodku Marwell niedaleko Winchester w Hampshire. Ich celem były otwarte stepy. Cel był prosty: zachować ich wygląd.
„Jesteśmy dumni, że odegraliśmy swoją rolę w powrocie tych niesamowicie wyjątkowych koni na wolność”.
Tak twierdzi Ian Goodwin z Marwell. Zna te konie od pół wieku. Zwierzęta te są w zoo od samego początku, od 1972 roku. Znają tę rasę lepiej niż prawie wszyscy inni.
Szanse na sukces wcześniej wydawały się zerowe.
W latach sześćdziesiątych XX wieku konie Przewalskiego uznano oficjalnie za wymarłe na wolności. Na bezkresach Azji Środkowej, gdzie kiedyś było ich wielu, teraz pozostały tylko duchy. W niewoli pozostało może kilkanaście osobników. Tylko pary do hodowli. Ale teraz sytuacja się zmieniła. Według IUCN (Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody) w 2014 roku było 178 dorosłych koni. Ich liczba rośnie, ale gatunek nadal jest zagrożony. Wciąż bezbronny.
Czy 178 osób wystarczy?
Reparacje w Kazachstanie są częścią paneuropejskiego programu ogrodów zoologicznych mającego na celu odbudowę populacji. To długa droga. Sama podróż – przewożenie koni przez kontynenty – wydaje się szalona. Czy to było konieczne? Niewątpliwie. Ale to wcale nie ułatwia sprawy. Zawsze trudno jest patrzeć na zwierzęta w skrzyniach do transportu, a nie na rozległych połaciach stepu. Ale oto one. Z powrotem na ziemię.
To nie koniec szczęśliwej bajki z idealnym zakończeniem. Przyszłość nie jest gwarantowana. Ale oni tam są teraz. Oni biegają. A to już jest duże osiągnięcie.
























